Ta strona używa plików Cookie. Korzystając z tej strony zgadzasz się na umieszczenie tych plików na twoim urządzeniu
Sylwetki Wybitnych Tarnowian: Wilhelm Sasnal
15.09.2026

Sylwetki Wybitnych Tarnowian: Wilhelm Sasnal

Wilhelm Sasnal to jedna z najważniejszych postaci współczesnej polskiej sztuki. Malarz i reżyser filmowy, którego twórczość od lat przyciąga uwagę zarówno w Polsce, jak i na świecie, a jego prace prezentowane były w najważniejszych instytucjach sztuki, takich jak nowojorskie MoMA, londyńska Tate Modern czy paryskie Centre Pompidou. Ostatnio polska publiczność mogła oglądać jego dzieła na wystawie „Taki pejzaż” w Muzeum POLIN.

Sasnal konsekwentnie rozwija swoją działalność także w obszarze filmu, współtworząc wraz z żoną Anną produkcje cenione za ich oryginalny język i nieoczywiste spojrzenie na rzeczywistość. Jego dorobek został wielokrotnie doceniony, a kolejnym ważnym wyróżnieniem jest prestiżowa europejska Nagroda Rubensa, przyznawana co pięć lat. Wilhelm Sasnal dołącza tym samym do grona jej wybitnych laureatów, wśród których znaleźli się wcześniej m.in. Francis Bacon, Lucian Freud, Miriam Cahn i Sigmar Polke.

Ludzie przestali czytać, a wszyscy piszą. Nikt nie słucha, wszyscy mówią. To jest niebezpieczne - mówi Wilhelm Sasnal, malarz, twórca filmowy, laureat Nagrody Rubensa.

PIOTR SARZYŃSKI:- Ostatnio dwukrotnie przypomniał się pan swoim miłośnikom i w ogóle rodakom. Po raz pierwszy, gdy pojawiła się informacja o przyznaniu panu bardzo prestiżowej Nagrody Rubensa. Czym ta nagroda jest dla pana? Kolejnym medalem na piersi czy wyróżnieniem z konsekwencjami: ciekawymi nowymi propozycjami wystaw i wydawnictw, zwiększonym popytem na rynku sztuki itp.?

WILHELM SASNAL: - Ta nagroda wiąże się z wystawą w muzeum w Siegen, mieście urodzenia Rubensa, gdzie znajduje się kolekcja prac dotychczasowych laureatów i wydaje mi się, że to akurat jest najciekawsze. Czyli fakt, że znalazłem się w gronie istotnych artystek i artystów ważniejszych dla mnie niż sam Rubens. Śmieszne, że w Polsce zrobiono z tego jakiś wiral, podkreślając na każdym kroku, że ,,pierwszy Polak" itd. To przecież nie są jakieś narodowe wyścigi, ale nagroda dla twórcy z Europy.

Ostrożnie, bo zaraz usłyszy pan, że nie jest patriotą.

Bo w głębi serca jestem kosmopolitą. Dlatego też nie ciekawi mnie specjalnie reprezentowanie kraju na Biennale Sztuk w Wenecji, ideę narodowych pawilonów uważam za zupełnie niewspółczesną. No i to słowo ‘’narodowy"...

I w ten sposób, niejako naturalnie, przechodzimy do drugiego tematu związanego z panem, który budził ostatnio sporo emocji. Myślę o wypowiedzi na temat Izraela jako ‘’jądra ciemności". No, nie wszystkim się to spodobało.

Nie mam kont na socjalach, ale od żony wiem, że Jan Hartman się zezłościł. Każdy kieruje się swoim azymutem moralnym, a dla mnie wartość życia Palestyńczyka i Izraelczyka jest taka sama. Dlatego przed nikim nie będę się tłumaczyć, a nawet powtórzę, że Izrael to jądro ciemności, to kraj, który dokonał ludobójstwa na ludności palestyńskiej.

Tak czy inaczej, wielu ta wypowiedź zszokowała, bo dobrze wiadomo, jak uważnie i konsekwentnie pochylał się pan od lat nad tematyką Holokaustu czy historią Żydów polskich.

I tutaj nic się nie zmieniło. A na to, że izraelscy nacjonaliści wykorzystują to do własnych celów, nie mam wpływu. Zresztą wraz z Anką (żona malarza, reżyserka i scenarzystka tworząca z nim w duecie filmy - przyp. red.) bardzo często jeździliśmy do Izraela. Ten kraj, zbudowany przede wszystkim przez przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej, zauroczył mnie, bo widziałem w nim taką alternatywną historię Polski, bez nacjonalizmu. Więc tę romantyczną wizję nosiłem w sobie podczas tych wszystkich pobytów w Izraelu. I nie odbierałem sygnałów, które powinny być dla mnie ostrzeżeniem. Podam przykład: powrót z Zachodniego Brzegu do Jerozolimy przez punkt kontrolny, przez który przechodzą wyłącznie Palestynki i Palestyńczycy, okazyjnie turyści, jak my wtedy - metalowe klatki, wąskie przejścia jak do segregacji bydła. Kontrolowała nas młoda Żydówka, trzymając lekceważąco na stole nogi w wojskowych buciorach i nonszalancko posługując się bronią. Wtedy udawałem, że tego nie ma, nie chciałem dostrzec, no bo Izrael to kraj na szczególnych prawach. A później wydarzyła się Gaza i moje uczucia wyewoluowały od podziwu do niechęci. Ten kraj przestał dla mnie istnieć, nigdy tam już nie pojadę.

Więc oddzielam - zarówno w głowie, jak i w sercu - historię polskich Żydów, bez których polska kultura byłaby zupełnie inna, uboższa, jednocześnie tych, których Polska tak chętnie się pozbywała.

Takie publiczne przyznanie się do zmiany poglądów i uczuć jest jednak rzadkością...

Kiedyś zrobił na mnie wrażenie tekst, który dla „New York Review of Books" napisał Tony Judd. Sam będąc Żydem i byłym syjonistą, przekonywał, że Izrael przekroczył próg dorosłości i już czas, aby wymagać od niego czegoś więcej niż od dziecka bądź podrostka. Aby jednak moje wypowiedzi nie zostały źle zinterpretowane, dodam, że rodzimym antysemitom dedykuję środkowy palec.

Gdy rozmawialiśmy 20 lat temu, nie miałem wątpliwości, że pańskie serce bije dla malarstwa. Dziś już nie mam pewności, czy nie wdarł się tam film.

Tylko trochę. Robienie filmów to przerwa od malarstwa, a nigdy odwrotnie. Malarstwo wciąż jest dla mnie zdecydowanie głównym nurtem mojej artystycznej aktywności, jestem z nim - można powiedzieć - organicznie sklejony. Pozostaję przede wszystkim malarzem i tutaj nic się nie zmieniło. Natomiast film daje mi okazję, abym z dystansu mógł spojrzeć na swoje malarstwo.

Toczymy z Anką długie, trwające od rana do wieczora rozmowy. O tym, co czytamy, co oglądamy, co myślimy. I z tych rozmów rodzą się pomysły na to, co chcielibyśmy zekranizować. Choć u zarania naszej działalności filmowej tkwiło myślenie o filmach, które sami chcielibyśmy oglądać. Poza tym ja wychowywałem się na kulturze teledysków, ich tworzenie było moim młodzieńczym marzeniem; emocje budził, no i wciąż budzi we mnie ów styk obrazu i muzyki.

Wspólnie myślicie z żoną o idei każdego kolejnego filmu. A czy też wspólnie pracujecie na każdym kolejnym etapie produkcji?

Za scenariuszem zawsze stała Anka, ale przy naszej ostatniej produkcji, czyli ‘’Człowieku do wszystkiego" według książki Roberta Walsera, było inaczej, napisałem go sam. Byłem tak zajawiony i zdeterminowany, że powstał błyskawicznie, w miesiąc od przeczytania książki. Z kolei na planie pracujemy wspólnie. Ja za kamerą, Anka na podglądzie, stale konfrontujemy nasze spostrzeżenia, ale ostatecznie to Anka daje uwagi dotyczące dramaturgii. Tym razem w filmie znalazło się dużo scen dialogowych, a to domena Anki, która ma doskonały słuch literacki. Przede wszystkim potrafi rozmawiać z aktorkami i aktorami, docierając do istoty postaci, w które się wcielają. Na planie, bardziej niż sam kadr, interesuje mnie ruch kamery, jej relacja wobec tego, co przed jej obiektywem.

Ale słowo, fraza, zdanie, pisana myśl bywają ważne także w pańskiej własnej już twórczości. Z komiksami na czele.

No tak, bo ze słowa i rysunku rodzi się szczególny rodzaj poezji, skojarzeń na gra- nicy abstrakcji. Rzeczywistość sobie płynie, więc przy odpowiednim ustawieniu ‘’radaru" wyławiam skojarzenia, takie ‘’szumy, zlepy, ciągi".

A co pan czyta?

Głównie to, co podsunie mi żona, przede wszystkim współczesną literaturę piękną. Ale też chętnie sięgam po klasykę - z czego Anka się śmieje - np. „Wojna i pokój", „W poszukiwaniu straconego czasu", „Anna Karenina". Dla mnie to nadrabianie zaległości chłopaka z technikum, który słuchał metalu. No i mam ten przywilej, że znajduję czas na czytanie, a przy malowaniu mogę słuchać audiobooków.

A literatura faktu?

Zawsze wygrywa beletrystyka, ale zdarza się, że sięgam także po książki z innych obszarów. Te, które ostatnio bardzo zgrały się z tym, jak się mam, z moim stosunkiem do świata, to m.in. „Zaniechanie" Zofii Zaleskiej. Promuje postawę, którą bardzo chciałbym praktykować, ale to nie jest łatwe. Móc wyłączyć się, odwrócić plecami, wyjść z gęstego od ludzi i oczekiwań świata. A druga to ,,Mała empiria" Katarzyny Sobczuk. Obie są świetnymi lekturami dla kogoś takiego jak ja, czyli pięćdziesięcioparolatka.

Pamiętam, że kiedyś podczas malowania nieprzerwanie słuchał pan muzyki. Czy ten nawyk pozostał?

Oczywiście, ale - jak wspomniałem - są też audiobooki. Poza tym dawniej było więcej muzyki klasycznej, bo bardzo dużo słuchałem Dwójki. A teraz znów przeważa muzyka aktualna, taka – powiedziałbym - niemainstreamowa. Tak, słuchanie muzyki to moja ulubiona czynność, a wraz z rysowaniem i spacerami z psem stanowi dla mnie pewną jedność. Pytanie, czy można uprawiać taki flaneryzm wraz z psem? Nad tym zastanawia się Sigrid Nunez w powieści „Przyjaciel". Ja myślę, że tak.

Z twórczych aktywności pozostał nam tylko teatr. Tu chyba pana nie było.

To prawda. Poza teatralnymi plakatami. Gdy idę na spektakl, to myślę, jak by go pokazać filmowo, jak można byłoby działać z kamerą, filmować nie tylko scenę, ale też ludzi na widowni, no i utrwalić w interesującej formie dla przyszłości. Bo spektakle teatralne umierają w kulturze najszybciej. Często po paru wystawieniach. Ogromny potencjał widzę też w zderzeniu tego, co na scenie, z plenerem.

Zatoczyliśmy po kulturze małe koło i wracamy do punktu wyjścia, czyli do sztuki. To, że maluje pan świetne obrazy, już wiemy. A czy bywa pan na wystawach innych artystów?

Tak, ale przyznam, że jestem dużo wierniejszym konsumentem muzyki niż sztuki. Przeoczam wystawy, które mam pod nosem, i nie zdarza mi się podróżować, by zobaczyć sztukę. Ale właściwie dobrze, że pan o to spytał, bo muszę to zmienić, no chociaż z tymi muzeami na miejscu.

Źródło: Polityka, sierpień 2026
Źródło zdjęcia I: culture.pl
Źródło zdjęcia II: culture.pl