Ta strona używa plików Cookie. Korzystając z tej strony zgadzasz się na umieszczenie tych plików na twoim urządzeniu

Działo się to w czasie, gdy popularność Myslovitz rosła bardzo szybko, a wewnątrz zaczęły pojawiać się coraz silniejsze tarcia

09.09.2025 | Tarnowski Oddział SAP | Autor: admin

Mówi Artur Rojek współtwórca albumu „Korova Milky Bar”, wybranego „Płytą 25-lecia”

Z Arturem Rojkiem rozmawia Jędrzej Słodkowski.

 

„Korova Milky Bar” Myslovitz wygrała plebiscyt „Wyborczej”. Jesteś jedynym artystą, który jako ważny współtwórca miał w finałowym zestawieniu dwa albumy, także „Uwaga! Jedzie tramwaj” grupy Lenny Valentino. Który z nich jest bliższy twojemu sercu?

 

- „Uwaga! Jedzie tramwaj” na pewno działa na mnie mocniej niż „Korova…”. To zapis moich przeżyć z dzieciństwa, okresu, który ukształtował zasadniczą część mojej osobowości, oraz pierwsza satysfakcjonująca mnie wypowiedź artystyczna poza Myslovitz. A działo się to w czasie, gdy popularność Myslovitz rosła bardzo szybko, a wewnątrz zaczęły pojawiać się coraz silniejsze tarcia. Nie znosiłem tego dobrze. Szukałem dla siebie alternatywnego miejsca. I przez jakiś czas było nim właśnie Lenny Valentino.

 

Co to znaczy, że nie najlepiej znosiłeś popularność Myslovitz?

 

- To skomplikowane… Ogólnie rzecz biorąc, jestem osobą, która ciągle się przeciwko czemuś buntuje. Założyłem zespół z myślą, żeby grać koncerty, a jak się uda, to żeby wydać płytę. Kiedy to wszystko zaczęło się dziać - myślę tutaj już o debiutującym płytowo Myslovitz w 1995 roku – podczas jednego z pierwszych koncertów rejestrowanych na żywo w Telewizji Kraków roztrzaskałem gitarę i oznajmiłem Wojtkowi Powadze, który był pierwszym muzykiem zaproszonym przeze mnie do współpracy, że odchodzę… Z jednej strony zespół spełniał moje marzenie, a z drugiej rozwalał mnie od wewnątrz. Od początku miałem wizję, jak to powinno wyglądać. Wiedziałem, jak powinniśmy grać, czym się inspirować, jak ubierać, jakie mieć fryzury, a nawet jak chodzić - najlepiej zgarbiony, długim krokiem… Poświęciłem temu całego siebie. Kiedy to wypaliło, poczułem nagle rozerwanie. Nie potrafiłem poukładać, co jest dla mnie ważniejsze - praca czy to, co poza pracą, bo tam też chciałem dać całego siebie. W późniejszych latach, aż do mojego odejścia, bardzo często wracało… Reszta to już głęboka psychologia. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to była walka, za sprawą której siebie doświadczyłem i siebie poznawałem. Taka była forma mojego funkcjonowania.

 

To co przeważyło w kwestii odejścia?

 

- Nie było jednej przyczyny. To były różne drobne elementy, które zbierały się przez wiele lat. Myślę, że każdy z nas przeżywał na swój sposób, a mnie doprowadziło to do świadomego odejścia.

 

W Lenny Valentino drugą ważną postacią był Mietall Waluś, w momencie zakładania zespołu w 1998 roku lider nieznanego szerzej zespołu Negatyw z Mysłowic. Tak wasze pierwsze spotkanie wspominał Mietall w rozmowie z „Wyborczą”: „Ja w ogóle nie znałem repertuaru zespołu Myslovitz i nie interesowałem się tym, czy to jest popularne. Grałem w trzech zespołach i Rojas to wiedział, podszedł do mnie w knajpie i zapytał, czy nie popracujemy razem, bo słyszał, że mam dobre pomysły. Zacząłem je na próby przynosić, a jemu się spodobały, bo potrzebował czegoś innego niż Myslovitz”. Tak było?

 

- Szukając muzyków, dowiedziałem się od kogoś, że jest gość, który ciekawie gra na basie, a potrzebowałem czegoś innego niż w Myslovitz. Jego pomysłów nie znałem, bo wspomniany zespół w tamtym czasie dopiero zaczynał. Na początku wydawał mi się nieskomplikowany i pracowity, a do tego bardzo mu zależało. Wizja, jak ten zespół ma wyglądać i jak grać, powstawała we mnie, kiedy z klasycznie gitarowego brytyjskiego grania zacząłem przechodzić w gitarowe, ale bardziej eksperymentalne. W tamtym czasie odkrywałem takie grupy jak Duster, Low, Billy Wells Trio, Movietone i chciałem grać jak oni, więc potrzebowałem innych muzyków.

 

„Uwaga! Jedzie tramwaj” to powrót do dzieciństwa: na tej płycie wykreowaliście światy, które pozwalają zanurzyć się w zachwyty i odkrycia młodości, ale też przywoływać lęki, które nam wtedy towarzyszą. Kiedy ta płyta wyszła, niespecjalnie ją kupiłem. Myślę, że po prostu byłem za młody, bo kiedy ma się 16 czy 17 lat, to niespecjalnie chce się cofać do etapu dzieciństwa. Ale kiedy do niej wróciłem przed naszą rozmową, totalnie mnie zachwyciła i mam ochotę słuchać jej na okrągło. Ale przecież kiedy pisaliście te piosenki, nie byliście starymi piernikami, którzy nurzają się w nostalgii. Miałeś dwadzieścia klika lat, a twoje dzieci przyszły na świat później. Co więc spowodowało, że z Mietallem zanurzyliście się w tej nieco baśniowej krainie dzieciństwa?

 

- Moja współpraca z nim dotyczyła przede wszystkim aspektu muzycznego. On nie potrafił grać jak dobry, wyszkolony basista. Grał kwadratowo i ten jego efekt mi się podobał. Ja potrafiłem pisać proste melodie, lubiłem klasyczny układ piosenki, harmonie i z czasem klarowała mi się wizja liryczna tej płyty. Ale to nie była z góry zamierzona idea, od początku gotowy koncept. Napisałem jeden tekst, który kojarzył mi się z cyrkiem, bo melodia kojarzyła mi się z cyrkiem. Wielki dzień, wszystkie dzieci cieszą się, krzywe lustro straszy mnie, diabły taty boją się, bardzo boją… Wielki dzień i wielka chwila, żaba śmiech w lęk ukryła. Pędzą mali na rowerach, pędzą mali w karuzelach. Kolorowe baloniki, sztuczne kwiaty na strzelnicy. Pędzą mali na rowerach, pędzą mali w karuzelach. Wielki dzień, wszystkie dzieci bawią się. Biały klaun woła mnie, a ja klaunów boję się, bardzo boję. (Lenny Valentino, „Karuzele, skutery, rodeo”, słowa: Artur Rojek). Potem powstał „Chłopiec z plasteliny”. Był wspomnieniem z dzieciństwa, kiedy znęcali się nade mną koledzy. I tak dalej, i tak dalej. Jedno działo się po drugim, nie było z góry zaplanowane, aż powstało coś na kształt pamiętnika… Po prostu im bardziej w ten świat wchodziłem, tym więcej odkrywałem.

 

We wspomnianym wywiadzie Mietall opowiedział, że do napisania tekstu „Domu nauki wrażeń”, największego przeboju z tej płyty, zainspirowało go spotkanie z dziećmi z niepełnosprawnościami - w ośrodku była sala nazywana właśnie „Domem nauki wrażeń”.

 

- To nieprawda. Nie wiem, co dokładnie zainspirowało go do napisania. Miałem gotową melodię, kiedy przyniósł pierwszą wersję tekstu. Żeby ją dopasować do kompozycji, trochę ją zmodyfikowałem. Spodobało mi się, ale żeby wbudować to w cały koncept, potrzebowałem czegoś więcej. Kluczowy stał się tytuł „Dom nauki wrażeń”, który wziął się z mojej wizyty w ośrodku dla osób z niepełnosprawnościami, który prowadził mój kolega. Chodzi o Dom Pomocy Społecznej „Republika” w Chorzowie. Ja wtedy nie tylko nie wiedziałem, na jakiej zasadzie działa taki ośrodek, ale nie wiedziałem, że w ogóle takie ośrodki w Polsce istnieją. A wyglądało to tak, że każde piętro ośrodka było jak głębokość zaawansowania choroby. Na parterze, przy wejściu witali cię pacjenci o najmniejszym stopniu schorzenia, którzy potrafili się swobodnie komunikować z osobą zdrową. Oni prowadzili recepcję. Na pierwszym piętrze byli pacjenci o mniejszych umiejętnościach komunikacyjnych. I tak dalej, aż po najwyższe piętro. Tam przebywały osoby, które nie mogły funkcjonować samodzielnie, były odcięte od świata. Nie znały uczucia dotyku, nie znały uczucia zapachu. I tam, w specjalnym pomieszczeniu, uczono je zmysłów, jak w dotyku czuje się gumę, jak plastik, a jak włosy. Pomieszczenie, w którym to się odbywało, nazywało się pokojem nauki wrażeń. Bardzo mnie to poruszyło i świetnie pasowało na tytuł tej piosenki. I tak te elementy ze sobą zestawiłem. Gdzie jest dom, którego szukam. Gdzie jest dom. Duży, bardzo duży. Będę sam, jedno okno będzie tam. W salonie na ścianie hak. Na łóżku moim nie będę spał. A na drzwiach nigdy siebie nie widziałem (Lenny Valentino, „Dom nauki wrażeń”, słowa: Artur Rojek i Mietall Waluś).

 

 

Jakie było to twoje mysłowickie dzieciństwo?

 

- Miałem dobre dzieciństwo, ale wychowywałem się bez ojca. Większość czasu spędzałem z babcią i dziadkiem. Od siódmego do siedemnastego roku życia trenowałem pływanie, więc większość pozaszkolnego czasu spędzałem na treningach, które odbywały się dwa razy dziennie, zawodach w weekendy i obozach sportowych. Z jednej strony było okej, nigdy nie zostałem sam. Zawsze był ktoś, kto się mną opiekował. Z drugiej strony w rodzinie nie było ojca, a moja mama, która została sama, która została sama za namową babci oddała mnie pod jej i dziadka opiekę, bo praca, bo bliżej do szkoły etc. Wychowywałem się z babcią i dziadkiem, było mi dobrze, ale to wszystko było takie trochę zastępcze, nie do końca naturalne, więc z czasem naturalnie wytworzyło we mnie niepokój. No i byłem sam, nie miałem brata ani siostry, więc indywidualnie szukałem własnych światów.

 

Gdy pokazałem ci listę 25 płyt, które znalazły się w finale naszego plebiscytu, od razu zapytałeś, czy jest tam Ścianka z albumem „Dni wiatru”. Czytałem, że to wtedy była twoja ukochana płyta i to za jej sprawą muzycy Ścianki zostali zaproszeni do składu Lenny Valentino. I to błyskawicznie, bo „Dni wiatru” wyszły pod koniec 2001 roku, a już w maju nagrywaliście „Uwaga! Jedzie tramwaj”.

 

- Wcześniej w składzie Lenny Valentino oprócz Mietalla byli inni koledzy z Mysłowic, m.in. Michał Koterba (gitarzysta zespołu Korbowód) czy Lala (Wojciech Kuderski, perkusista Myslovitz). W tym składzie nagrywaliśmy pierwsze demo, które przedstawiłem Pawłowi Jóźwickiemu z Sissy Records, ale cały czas mi to do końca nie pasowało, bo było zbyt bliskie temu, co robiłem z Myslovitz. A ja szukałem czegoś, co to wszystko zdekonstruuje. U nas nie było w tamtym czasie producentów z prawdziwego zdarzenia. W zasadzie dzisiaj też ich jest niewielu. Ja o tym, że jest ktoś taki jak producent, dowiedziałem się pod koniec lat dziewięćdziesiątych z wywiadów z Bjork i Madonną. Moje pierwsze wrażenia po wysłuchaniu płyty „Dni wiatru” były kolosalne. Nie przeżyłem tak żadnej polskiej płyty.

 

Dlaczego?

 

- Cieślak (Maciej, lider i gitarzysta Ścianki) sprowadził mnie do świata, który wtedy był mi bardzo bliski. To było przerażające, ale bardzo do mnie trafiało. Znam ludzi, którzy nie potrafią jej słuchać, bo wpadną w taki lęk, który każe im natychmiast ją wyłączyć. Pamiętam jeszcze jedną płytę z tamtego czasu, która na mnie zadziałała: „Little Lost Souls” Thid Eye Foundation. Pierwsze, co zrobiłem po przesłuchaniu „Dni wiatru” - myślę, że nie trwało więcej niż godzinę po zakończeniu słuchania - to zadzwoniłem do Lachowicza (Jacka, klawiszowca Ścianki), bo tylko do niego znalazłem numer - i umówiłem się z nimi na spotkanie. Pojechałem do Sopotu i zaprosiłem ich wszystkich do współpracy.

 

Zachwyty płynące z ówczesnych recenzji potwierdzają, że twój zamiar, by nagrać album możliwie daleki do muzyki Mylowitz, powiódł się całkowicie. Powtarzają się niezwykle nobilitujące porównania do Radiohead, które wówczas pokazywało, jak można zgubić rockowy ogon i stworzyć nową jakość. Ale nawet kiedy dziś słucham „Uwaga! Jedzie tramwaj”, trudno mi sobie przypomnieć polską płytę, która brzmiałaby podobnie. Weźmy chociażby tę fantastyczną, wysuniętą naprzód jazzową perkusję.

 

- Arek Kowalczyk (perkusista Ścianki) był specyficznym bębniarzem. Przypominał mi jazzowych perkusistów z czasów popularności bebopu, a ja byłem wtedy na etapie odkrywania Coltrane`a, Davisa, Bakera. Pamiętam, że intensywnie rozmawialiśmy o brzmieniu bębnów i sposobie gry Arka przy okazji piosenki „Chłopiec z plasteliny”, gdzie bębny wydobywają się pomiędzy zwrotkami i grają w klasycznie jazzowy sposób. Szukając pomysłu na ten numer, zaproponowałem Cieślakowi, żeby wyciągnąć Kowalczyka do przodu i pozwolić mu grać solówki właśnie w taki sposób. A wszystko to działo się w należącym do Cieślaka Studiu im. Mickiewicza w górnym Sopocie, gdzie poza wokalami nagrywaliśmy całość na żywo. Światło gwiazdki na pościeli, Misie moje śpią na ziemi, Milczą całą noc, nocą modlę się, Dziadek głaszcze mnie, Mali chłopcy z piaskownicy, Przyjaciele, lecz złośliwcy, Kradną jabłka z drzew, lato kończy się, Kasztany gniją, pada śnieg (Lenny Valentino, „Chłopiec z plasteliny”, słowa: Artur Rojek).

 

 

Co właściwe stało, że po wydaniu płyty Lenny Valentino pograło przez dwa miesiące koncerty i się skończyło?

 

- Zespół zaczął naturalnie się rozwarstwiać przez to, że byliśmy z trzech różnych zespołów. Mietall chciał się skoncentrować na Negatywie. Ścianka miała swoje plany. A Myslowitz było grupą silnie funkcjonującą koncertowo. To był też czas rozpoczęcia przez nas prób podboju rynku zagranicznego, co trwało przez kolejne cztery lata. A i na trasie koncertowej Lenny Valentino lepiej się poznaliśmy i zobaczyliśmy, że każdy z nas chce chyba czegoś innego.

 

Zanim opowiesz o próbach podboju świata po wydaniu „Korova Milky Bar”, przywołam kawałek recenzji Roberta Leszczyńskiego, wówczas głównego krytyka „Wyborczej”: „Wyczekiwany przez trzy lata piąty album jednego z najbardziej obiecujących naszych zespołów rockowych zawodzi muzycznie, tekstowo i wykonawczo. Jest o wiele słabszy od dwóch znakomitych poprzednich albumów, a może nawet najsłabszy w dyskografii. Muzycznie nie wnosi nic do gitarowej konwencji zespołu. Słabe aranżacje powodują, że jest po prostu bezstylowy. Jeszcze słabiej jest z tekstami. Artur Rojek tak bardzo zamknął się w świecie swoich stanów psychicznych, że napisał teksty, które rozumie chyba tylko on sam”. Ciekawe, że tak słabo oceniona płyta wygrała głosami słuchaczy w plebiscycie na polską płytę 25-lecia.

 

 - Nie tylko Leszczyński tak pisał, ale w jego wypadku najmniej mnie to obchodziło, bo uważałem, że nie zna się na muzyce. Komentarzy, że jesteśmy mniej pozytywni, a bardziej depresyjni na tej płycie, było jeszcze kilka. Ode mnie wyszła koncepcja odwołania się do „Mechanicznej pomarańczy”, z barem mlecznym Korova, a także było kilka moich kompozycji, natomiast w tekstach się na tej płycie nie odnajdywałem. A co do jakości samej płyty pod względem muzycznym, z tego, jak to pamiętam, nie było żadnego zgrzytu, niczego takiego, co by powodowało we mnie i w nas uczucie, że nie do końca zgadzamy się z tym, co chcemy zaraz wydać. A takie uczucie wielokrotnie w zespole pojawiło się później. Była tworzona w dosyć specyficznym momencie. Z jednej strony odnieśliśmy sukces z poprzednią płytą „Miłość w czasach popkultury” i mierzyliśmy się z oczekiwaniami co do kolejnego albumu. Z drugiej strony, ja odniosłem - co prawda w świcie alternatywy, ale jednak - sukces z zespołem Lenny Valentino, który widać choćby po tym, że dostaliśmy Fryderyka.

 

Recenzenci recenzentami, ale „Korova Milky Bar” wyniosła was na kolejny poziom popularności. Przecież od piosenki „Acidland” nie sposób było uciec! Ja ją wręcz znienawidziłem, bo nawet najfajniejszą piosenkę  można znienawidzić, jeśli atakuje cię codziennie z każdego kąta przez rok albo i dłużej.

 

- „Acidland” był pierwszym singlem. Stał się hitem, ale dla mnie był najsłabszą piosenką tego albumu. RMF FM zgodził się ją puszczać, jeżeli w singlowej wersji wytniemy solówkę, która przypomina dźwięk automatu do gier flipera - tak to pamiętam. Ten kraj jest jak psychodeliczny lot, Czujesz, że zmienisz nic, Spróbuj wziąć z tego coś, To przecież twoje życie jest, Popełniaj błędy i naprawiaj je, Gdy dotkniesz dna odbijaj się, Wykorzystaj czas, drugiego już nie będziesz miał, Nie poddawaj się, bierz życie, jakim jest, I pomyśl, że na drugie nie masz szans (Myslovitz, „Acidland”, słowa: Myslovitz).

 

No bo jak to było z tą karierą międzynarodową? „Korova Milky Bar” wyszła po angielsku, graliście trasy za Zachodzie, supportowliście Silmle Minds czy Iggy,ego popa.

 

- Propozycja rozszerzenia działalności o rynki zagraniczne przyszła ze strony Ani Marzec i Henry`ego McGroggana, pary menedżerów z międzynarodowym doświadczeniem. Ja zareagowałem bardzo entuzjastycznie, ale reszta chłopaków była średnio przekonana ze względu na dużą liczbę koncertów w Polsce, dziewczyny, z którymi za chwilę mieliśmy założyć rodziny itd. Namawiałem ich, że taka szansa się więcej nie powtórzy, i powinniśmy to zrobić. Udało mi się.

 

Płyta 25-lecia wybrana.

 

„To już jest koniec, nie ma już nic” - śpiewał na początku lat 90. Kuba Sienkiewicz z Elektrycznych Gitar. Co prawda, ich płyta „Wielka radość” nie miała szans znaleźć się na liście, z której wybieraliśmy najlepszą polską płytę ostatniego 25-lecia, ale słowa tej piosenki idealnie pasują na zakończenie naszego plebiscytu. To bowiem, drogi czytelniku i droga czytelniczko, jest koniec. Znamy wyniki. „Stawka jest zabójczo wyrównana, a faworytów do zwycięstwa kilkunastu” - pisaliśmy trzy tygodnie temu, w tekście otwierającym plebiscyt. Czytelnicy głosowali na jeden tytułów z naszej listy, która została przygotowana we współpracy z 48 dziennikarzami/karkami muzycznymi. Od początku lista wywołała duże emocje (w całości jest dostępna w serwisie Wyborcza.pl). Spieraliśmy się nie tylko o ważność nagranych płyt, ale i o to, jakich twórców i których krążków na tej liście zabrakło. Czytelnicy/niczki wskazywali, że brakuje płyt Kultu, Kazika, Voo Voo czy Strachów na Lachy. Wypominali brak „The Satanist” Behemotha i „Pierwszego wyjścia z mroku” Comy. To pokazuje, że wybranie tych 25 najważniejszych płyt ćwierćwiecza jest zadaniem w zasadzie niemożliwym. Bo ilu słuchaczy, ile gustów, tyle ważnych płyt. Przez trzy tygodnie na łamach „Wyboczej” rozmawialiśmy o polskiej muzyce z twórcami, dziennikarzami muzycznymi i osobami z szeroko pojętej „branży”. Agnieszka Szydłowska, dziennikarka muzyczna, dyrektorka-redaktorka naczelna radiowej „Trójki” mówiła, że „rozmowy o muzyce łączą bardziej, niż rozmowy o światopoglądzie”, Marcin „Tytus” Grabski wpuścił do świata polskiego rapu, a producent Bartosz Dziedzic opowiedział o kulisach pracy producenckiej. A zatem: która z polskich płyt ostatniego ćwierćwiecza jest najlepsza? Która zapadła w pamięć? Zainspirowała i oczarowała?

 

 

TOP 10 naszego plebiscytu:

 

  1. Myslovitz, „Korova Milky Bar” (2002), Sony Music Entertainment Poland.
  2. Lao Che, „Powstanie warszawskie” (2005), Ars Mundi.
  3. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir, „1976: A Space Odyssey”, (2015), Laco ABC.
  4. Raz, Dwa, Trzy „Trudno nie wierzyć w nic” (2003), Warner Music Poland.
  5. Dawid Podsiadło, „Małomiasteczkowy” (2018), Sony Music Entertainment Poland.
  6. Paktofonika, „Kinematografia” (2000), Gigant Records.
  7. Fisz Emade Tworzywo, „Ballady i protesty” (2021), Mystic Production.
  8. Hey, „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” (2009), QL Music.
  9. Maria Peszek, „Miasto mania” (2005), Kayax.
  10. Brodka, „Granda” (2010), Sony Music Poland.

 

Źródło:

Gazeta Wyborcza, 4 września 2025.

Zobacz również inne wpisy w blogu