Powiedziałeś, że nie będziesz specjalnie zachęcał do tego spektaklu...
Ciężko jest zachęcać, bo co powiedzieć: przyjdźcie na największe w historii oskarżenie nas jako narodu? A to jest taki tekst. Wiemy, że „Wyzwolenie” jest zaszyfrowane, że każdy ma swoją interpretację, każdy widzi w nim, co innego, ale jedno jest pewne: to jest oskarżenie i gorzka diagnoza. W „Weselu” i „Dziadach” (które Wyspiański reżyserował, przyp. A.P) te diagnozy również padły, ale w formie ostrzeżenia, jeśli czegoś nie zrobicie, to się nie uda. W „Wyzwoleniu” nie ma już nadziei. Dlatego powiedziałem, że trudno mi zachęcać. Natomiast bardzo wierzę w podróż w głąb własnej duszy i katharsis. Po to to robimy, po to jest teatr. Dlatego Wyspiański umieścił „Wyzwolenie” w teatrze, a bohaterami są aktorzy, dlatego to jest pozorne, odegrane - jak w słynnym odegraniu sztuki w „Hamlecie”, by zdemaskować całą historię morderstwa. Nieprzypadkowo namalował też na swojej kurtynie, która wisi tu, w Teatrze Słowackiego, aktorów w maskach i muzę, która rozdziera kurtynę, spod której wychodzą aktorzy jako dzieci, bo to tylko aktorzy mają tę dziecięcą moc wyobraźni i naiwności. Dlatego w „Wyzwoleniu” mamy do czynienia z grą, tzn. mamy odegraną scenę po to, żebyśmy my na widowni przeżyli to i zrozumieli, że niekoniecznie musi tak być.
A ze sceny w tym dramacie padają słowa, które w kontekście historii XX wieku nabierają całkiem nowych sensów.
Padają takie słowa jak: „nie pozwolić prostytuować naszych kobiet”, będziemy bronić naszych granic przed obcymi. Jak oglądam jakiekolwiek debaty telewizyjne – staram się tego nie robić, ale czasem coś mi wpadnie - widzę w nich nieustanny konflikt. To nie są debaty, a przedstawienia, gdzie nikt nikogo nie słucha. Ci ludzie udają nas, aktorów, są nastawieni wyłącznie na nadawanie, nie mają funkcji odbioru, jakby byli pozbawieni słuchu. Mam wrażenie, że wszyscy ostatnio chcą nam odebrać chleb, jakby wszyscy niezdolni ludzie na świecie, nie mając pojęcia o byciu aktorem, nagle postanowili samozwańczo zostać nim. Wrzucam kamyk do waszego ogródka, bo dzieje się tak, ponieważ media im na to pozwalają.
Wierzę natomiast, że widz może przeżyć katharsis oglądając to „Wyzwolenie”. Ono nie może być lekkie, przeinscenizowane, musi być mocne. Musimy wysłuchać tego wszystkiego, co chciał powiedzieć Wyspiański. Oczywiście, Maja Kleczewska i Grzegorz Niziołek dokonali wyboru, to przedstawienie trwa tylko godzinę i pięćdziesiąt minut i jest jak cios obuchem w głowę. Trzeba w to wejść, przeżyć i coś w sobie przekonstruować. Wiem, że do teatru chodzą ludzie, których nie trzeba do niczego przekonywać, ale też po to robimy dla nich teatr, by zrozumieli, że może w tej wspólnocie, która siedzi w teatrze wszyscy poczują, że myślą i czują podobnie.
To teraz ja wrzucę kamyk do twojego ogródka, przeżyć katharsis dziś teatrze wcale niełatwo.
Staramy się, by tak było. W przypadku podróży, którą ten spektakl zamyka – mówię o tryptyku „Dziady”, „Wesele”, „Wyzwolenie” – tak jest. O to nam chodziło.
Należy traktować te trzy dramaty jako tryptyk?
Tak to wiele lat temu bardzo precyzyjnie zaplanowaliśmy. Premiery tych spektakli nie są przypadkowe, wszystkie odbywały się w określone dni, o określonej godzinie, w konkretnym odstępie czasu od premiery. Zaplanowaliśmy nawet słynną paradę planet, czyli w dniu premiery „Wyzwolenia”, 28 lutego, sześć planet Układu Słonecznego ułoży się jednej linii, co jest niebywale rzadkim zjawiskiem astronomicznym. Nie ma tu przypadku. Wszystkie potwory już od kilku dni wyłażą z zakamarków tego teatru. Mam wrażenie jakbyśmy się zbliżali do wnętrza czarnej dziury. A z drugiej strony to fascynujące, bo za chwilę powtórzymy ten gest prapremiery, która właśnie tu miała miejsce.
No właśnie, ten dramat toczy się przecież tu, w Teatrze Słowackiego.
Wyspiański mógł wybrać każde miejsce na świecie, a wybrał to miejsce – „a my mamy wielką scenę: dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż”. Żeby nie było wątpliwości – chodzi dokładnie o tę scenę. To jest jak kairos. To jest rodzaj instalacji czasowej i wielkie wyzwanie dla twórców i aktorów. Rozmiar tego projektu, powtarzającego gest, od którego zaczęła się przecież cała współczesna kultura polska jest ogromny. Te trzy spektakle ustawiły cały nasz świat kulturowy. To się zaczęło tu, w tym teatrze.

Daty też symboliczne, jak wspomniałeś.
Premiera „Dziadów” odbyła się dokładnie 120 lat po prapremierze, tego samego dnia, o tej samej godzinie. Potem mieliśmy zaplanowane „Wesele” – tu przestawiliśmy ten porządek sprzed stu lat, ponieważ premiera „Dziadów” i „Wesela” miała miejsce w 1901 roku, my musieliśmy to rozbić – w 123 lata po premierze, też się wszystkie daty zgadzały, łącznie z dniem tygodnia. Teraz, 123 lata po premierze wystawiamy „Wyzwolenie”. 123 to magiczna data, o której niektórzy zapomnieli, ale miała ogromne znaczenie na początku XX wieku. Tyle lat Polski nie było na mapach, nie było żadnego pokolenia, które pamiętałoby jakąś mityczną Rzeczpospolitą, demokrację, wspólnotę. I nagle po tych 123 latach odzyskujemy niepodległość. Dlatego my musieliśmy odczekać te magiczne 123 lata, żeby powtórzyć gest Wyspiańskiego, bo być może wreszcie, choć trochę, przez kilka osób zostanie zrozumiany.
Ktoś zrozumie, ktoś się obrazi...
To jest dokładnie opisane w tym tekście: wszyscy się obrażą na wszystkich, wszyscy się pokłócą, będą mieli inne zdanie. Jak przypominam sobie premierę „Dziadów” i „Wesela”, to najbardziej oburzano się na to, co napisali Mickiewicz i Wyspiański, nie to, co wymyśliła Kleczewska. I to było przedziwne. Kiedy przed laty, w ramach spektaklu inaugurującego moją dyrekcję, wystawialiśmy tu przedstawienie „Wyspiański wyzwala” przygotowane przez Bartosza Szydłowskiego, to padały pytania, kto napisał ten tekst i dlaczego on jest taki straszny w swojej wymowie. No, Wyspiański napisał. Nie zmieniliśmy w nim ani słowa. Albo ludzie obrażają się na Mickiewicza, że Konrad w „Dziadach” spiera się z Bogiem. Myślę, że z „Wyzwoleniem” będzie podobnie, choć my nie robimy spektakli, żeby się ktoś obraził – wbrew temu, co niektórzy myślą – że to jest taka reklama. Nie. Ręce mi opadają, jak to słyszę. Zresztą, 123 lata temu „Wyzwolenia” nikt nie zrozumiał, ale gazety pisały, że ludzie po premierze do wczesnych godzin porannych siedzieli w okolicznych knajpach i gadali o Polsce. Swoją drogą, nieświadomie odtwarzając scenę z „Wyzwolenia”. Kiedyś myśleliśmy, żeby wszystkie te dramaty opowiedzieć jeden po drugim w takim maratonie, ale to niezwykle trudne ze względu na scenografię, która jest bardzo odmienna w tych wszystkich przedstawieniach.
Skoro o scenografii, tym razem na scenie ogromne schody…
Są fenomenalnym ekwiwalentem pustej sceny Wyspiańskiego w „Wyzwoleniu”. Nie zdajemy sobie dziś z tego sprawy, ale przecież Wyspiański w tej scenografii pokazuje bebechy teatru. Pusta scena to jest gest scenograficzny, którego nikt na świecie nie znał, nie rozumiał. Adolf Appia (szwajcarski teoretyk teatru i scenograf współczesny Wyspiańskiego) tylko pisał o tym wówczas. Te schody kryją wiele tajemnic, które zobaczą widzowie podczas spektaklu.
Źródło: Gazeta Krakowska, luty 2026 r.



