Ile kroków musi zrobić rodząca kobieta, by zagłuszyć marsz żołnierskich butów.
Ile dzieci trzeba urodzić, by świat po raz kolejny spróbował się odkupić. W „Położnych” Sabiny Jakubowskiej wojna maszeruje ciężko, równym rytmem historii, a naprzeciw niej stają kobiety, które liczą skurcze, oddechy, uderzenia serca. Jedne kroki niszczą. Drugie przywracają sens.
Nowa powieść Jakubowskiej to książka gęsta, dramatyczna i niemal filmowa. Autorka powraca do świata „Akuszerek”, by go zagęścić; podnieść temperaturę, dołożyć kolejne warstwy. Zamiast szerokiego pejzażu sielskich Jadownik, więcej tu Niepołomic i przede wszystkim Krakowa. Szpital położniczy staje się sceną, na której historia wchodzi w ciało. Obok wojny jest tu obecna powojenna przaśna rzeczywistość. Socjalistyczna codzienność z jej szarzyzną, ideologicznym nadzorem i instytucjonalną bezdusznością. Nowy ustrój zamiast ukojenia przynosi regulaminy. Huki bomb zastępuje jarzeniówką. Zamiast frontu są procedury. I często okazują się równie opresyjne.

Poród jako nadzieja świata
Bezkompromisowa jest somatyczność tej opowieści. Wody płodowe wylewają się z wielu scen. Bohaterki rodzą, będą rodzić albo właśnie rodziły. Nawet siostra zakonna nie jest wyjątkiem od biologii tego świata.
Jakubowska nie pozwala czytelnikowi uciec w komfort metafory. Zycie ma zapach krwi, potu i strachu. Poród trwa, więc trzeba go wytrzymać. I właśnie w tej fizyczności najmocniej wybrzmiewa fragment, w którym nowe dziecko jawi się jako szansa na pokój. Autorka stawia brutalne pytanie: skoro Hitler i Stalin też byli kiedyś niewinnymi dziećmi, gdzie w człowieku pęka dobro? Czy każde narodziny są obietnicą, czy tylko kolejną próbą? W zestawieniu z marszem wojny i zimną logiką powojennego systemu brzmi to jak dramatyczna modlitwa o sens. Ta refleksja, wpisana między opis sali porodowej a huk historii, jest jednym z najbardziej dojrzałych momentów książki.
Winni, zakochani, uwikłani
Autorka wyraźnie rysuje opozycję dwóch światów porodowych. Z jednej strony szpitale podporządkowane systemowi. Dzieci odbierane matkom „dla porządku” Karmione według zegara, nie według głodu. Kobiety rodzące przy pomocy skalpela, jak najsprawniej, bez zbędnych emocji. Z drugiej strony są izby porodowe bliższe naturze, gdzie jest miejsce na dotyk, obecność, szacunek dla rytmu biologii. Gdzie człowieczeństwo wygrywa z instrukcją. Gdzie poród jest przejściem. Ta opozycja przypomina pytanie: czy postęp zawsze oznacza humanizm?
by Marek Kołdras
źródło: TEMI




