Ta strona używa plików Cookie. Korzystając z tej strony zgadzasz się na umieszczenie tych plików na twoim urządzeniu

Chopin, Chopin otworzył 50. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

06.10.2025 | Tarnowski Oddział SAP | Autor: admin

Na ten film złożyła się cała Polska

Nie każda miłość to motyle w brzuchu od pierwszego wejrzenia, jak tłumaczy Fryderykowi Chopinowi matka. Idąc za jej radą, spróbowałem zakochać się w „Chopin, Chopin!” z rozsądku. Zaczyna się obiecująco. Wyrwany z melancholii Fryderyk Chopin rusza żwawym krokiem przez gwar miasta, jakby właśnie dokądś się spóźniał. Za chwilę rozpocznie się pojedynek na fortepianowe wariacje, na miejscu wszyscy czekają już tylko na niego. Tuż przed występem kompozytora dopada zwątpienie, ale po za tym daje się poznać jako pewny siebie, raczej beztroski ulubieniec salonu i paryskiej ulicy. Jest czarujący, ironiczny, z jego twarzy nie znika uśmiech. Dopiero później odkryjemy, jak uwierają go wszystkie konwenanse i konieczność zabiegania o względy arystokracji.

 

 

Wiecznie w ruchu

 

Film w reżyserii Michała Kwiecińskiego otworzył 50. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. I mógł zaskoczyć publiczność. W pierwszym akcie „Chopin Chopin!” główny bohater bryluje w towarzystwie i praktycznie się nie zatrzymuje. Chyba, że siada przy fortepianie - ale nawet jeśli, to tylko na chwilę. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czy Kwieciński nie porwał się na szalenie ambitne przedsięwzięcie, coś na kształt. „Rosyjskiej arki” Aleksandra Sokurowa. Skrót ostatnich kilkunastu lat z życia Chopina w formie galopady pomiędzy pomieszczeniami i obiektami, nawet nie koniecznie w jednym miejscu. Fryc z przyjęcia wpada prosto na lekcję z którymś z uczniów, po koncercie organizuje afterparty z przyjaciółmi, potem nocna eskapada i tak bez końca. Wiecznie w ruchu jakby przed czymś uciekał. Może czuł na plecach oddech śmierci? Ach, co to byłby za film, aż się rozmarzyłem! Tym bardziej, że Eryk Kulm wydaje się mieć wystarczającą charyzmę, żeby unieść taką opowieść. Z miejsca przykuwa uwagę, chce się za nim podążać. W dodatku muzyczne przygotowanie predestynowało aktora do tej roli. Wszystko pięknie, dopóki Chopin nie usłyszy diagnozy. W chwili, w której lekarz mówi Fryderykowi. Co go czeka w gruźlicy, streszcza de facto dalszy ciąg filmu. Dobrze wiemy, że w końcu pojawią się opuchnięte nogi i majaki a okresy nasilenia choroby, które spędzi w męczarniach, plując krwią, będą przeplatały się ze znacznym osłabieniem objawów. To ostanie scenarzysta Bartosz Janiszewski potrafi dość zgrabnie ograć: Chopin cierpi, pochylony nad miską z krwią, by kolejnej scenie - niczym młody bóg - ruszyć w miasto i kpić z prasy, która zdążyła ogłosić jego śmierć. Twórcy mają multum pomysłów. Sceny rewolucji i sztormu w drodze powrotnej z Majorki wydają się nawiązywać do obrazów Eugene`a Delacroix (choć jego „Wolność wiodąca lud na barykady” upamiętnia rewolucję lipcową z 1830 roku a tutaj chodzi o późniejsze wydarzenia z 1848 roku). Znajomość z Ferencem Lisztem zaczyna pachnieć „Amadeuszem” Milośa Formana. Usłyszawszy wyrok śmierci, Fryc nie zwalnia tępa, próbując czerpać z życia, ile się da a może nawet też uciec od prawdy. Pragnie miłości, chce założyć rodzinę, rzuca się w przygotowania do ślubu, w końcu poświęca się wychowaniu swojego następcy. Z czasem istotą tej biografii staje się jednak ukazanie mąk artysty w najbardziej dosłowny sposób. Chopin przestaje być w ciągłym ruchu, film na tym traci. „Chopin, Chopin” przypomina kolaż niekoniecznie powiązanych ze sobą scen. Można odnieść wrażenie, że oglądamy wyimki z klikuodcinkowego serialu albo nakręcono tyle materiału, że trzeba było dokonać brutalnych decyzji w trakcie montażu. W efekcie łatwo się pogubić w upływie czasu. Aż trudno uwierzyć też, że taki aktor jak Grzegorz Damięcki został zaangażowany do roli Mikołaja Chopina tylko po to, żeby pojawić się w tle jednej ze scen i powiedzieć parę słów na powitanie syna. Inaczej niż u Agnieszki Holland, która do powieści o Franzu Kafce zaangażowała najbliższe otoczenie pisarza, Kwiecińskiego wydaje się interesować jedynie Chopin. Reszta bohaterów, niezależnie od tego, ile ekranowego czasu otrzymali, zostaje sprowadzona do roli statystów. W wielu scenach Frycowi towarzyszy dwóch przyjaciół - granych przez Kamila Szeptyckiego i Michała Pawlika - o których  nie dowiadujemy się prawie nic. Nie zdziwię się, jeśli po seansie widzowie nawet nie zapętają ich imion. Karolina Gruszka jako Delfina Potocka znika na pół filmu, by wpaść na chwilę i ucałować Chopina, akurat gdy ten rozmawia z królem Francji. George Sand? Gdyby ktoś na przyjęciu nie wspominał, że to znana pisarka, postać kobiety, z którą Chopin spędził 10 lat, sprowadzona byłaby do zrzędliwej baby z cygarem. W postać wciela się Josephine de la Baume. Ale więcej chemii Kulm ma z Martyną Byczkowską (jako Maria Wodzińska). Chciałoby się ich oglądać dłużej niż w udanej, komediowo ogranej scenie na łódce.

 

 

Mało muzyki

 

Nie każda miłość to motyle w brzuchu od pierwszego wejrzenia, jak tłumaczy Fryderykowi Chopinowi matka (Maja Ostaszewska). Idąc za jej radą, spróbowałem zakochać się w „Chopin, Chopin!” z rozsądku. W końcu na film złożyła się cała Polska, jak kiedyś na odbudowę Warszawy. No prawie. Poza Polskim Instytutem Sztuki Filmowej produkcję, wsparły fundusze filmowe województwa mazowieckiego, śląskiego, dolnośląskiego, kujawsko-pomorskiego, ale i m.in. miasta Łódź. Stąd rekordowy budżet, około 60-70 mln złotych. Ale w trakcie seansu miałem problem z odpowiedzią a pytanie, o czym właściwie miał być ten film. O Chopinie - jasne, ale poza tym? Po namyśle skłaniam się ku odpowiedzi, że o człowieku zmęczonym zabieganiem o popularność i zakładaniem masek, pod którymi skrywa samotność, brak zrozumienia i tęsknota za krajem. Kwieciński pokazuje, jak od koszmaru bycia małpką na złotej smyczy bohatera uwolniła dopiero świadomość zbliżającej się śmierci - w każdym razie od chwili, gdy się z tą świadomością pogodził. Zrozumiał wtedy, że liczy się tylko muzyka. Ale skoro tak, to jedno mi zrozumieć jedno: dlaczego tej muzyki Chopina jest tak mało? Rytm opowieści nadają przede wszystkim elektroniczne brzmienia Robota Kocha. Na czym polegała wyjątkowość kompozycji Chopina, dlaczego tak wyprzedały swoją epokę, jak stwierdzi w pewnym momencie Liszt - nie dostajemy odpowiedzi na te pytania. Otwierająca film scena, w której z obserwacji lotu muchy powstaje skoczna etiuda, zapowiadała w tej kwestii więcej. Choć film Michała Kwiecińskiego potrafi zachwycić pojedynczymi scenami, okazuje się nierówny i poszatkowany. Ogląda się najlepiej, kiedy przestaje być biografią Chopina, a próbuje przybliżyć nam Fryderyka. „Chopin, Chopin!” otworzył 50. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W kinach od 10 października 2025.

 

 

Źródło:

Gazeta Wyborcza, 24 września 2025.

Zobacz również inne wpisy w blogu