Wojciech Szot
„To książka na Nike. Zobaczymy, czy Nike do niej dorośnie….” - napisała czytelniczka w komentarzu pod rozmową z Elizą Kącką, którą opublikowaliśmy w „Wyborczej” w lipcu ubiegłego roku. Dzisiaj okazało się, że Nagroda Literacka „Nike” zdała egzamin dojrzałości. Wszyscy dorośliśmy do opowieści Kąckiej. Po raz dziewiąty w niemal trzydziestoletniej historii Nagrody Literackiej „Nike” wybór czytelników i kapituły nagrody jest identyczny. Gdy - nakładem wydawnictwa Karakter - ukazała się książka „Wczoraj byłaś zła na zielono” intuicja nie zawiodła czytelników i krytyków. Wszyscy czuliśmy, że to rzecz wyjątkowa. Kącka nie tylko opowiada o relacji matki i neuroatypowej córki, ale też próbuje pokazać, że można taką opowieść utkać inaczej, zaskoczyć czytelnika. „Wczoraj byłaś…” została napisana na przekór oczekiwaniom - nie jest poradnikiem ani reportażem z trudnej codzienności. Nie jest skargą ani lamentem. A jednocześnie jest tym wszystkim. To książka totalna, swoiste literackie „gesamtkunstwerk”. Laureatka Nike w tym niezwykłym dziele fantastycznie balansuje pomiędzy prawdą autobiografii a dowolnością fikcji. Jest w niej czułość i empatia, ale też bezlitosna szczerość w obnażaniu własnej niemocy. „Matka próbuje się włamać”- komentuje Kącka reakcję córki na zadane jej pytanie o sny. Do świata Rudej włamać się nie sposób. Można go opukiwać, obchodzić, przyglądając mu się uważnie. Można podążać, będąc jednak skazanym na zgubienie się, nienadążanie lub - zależnie od momentu - spóźnianie się. Jak to życiowe doświadczenie przełożyć na język literatury? Mistrzowski szwung zdania, precyzyjny, a jednocześnie meandrujący i poszukujący własnej drogi, sprawia, że „Wczoraj byłaś zła na zielono” jest wydarzeniem nie tylko społecznym, ale i wybitnym dziełem literackim.
Książka o graniu wszystkim na nosie
„Słabo szła mi przemiana w komórkę-matkę wypełnioną plazmą szczęścia i uwagi” - pisze Eliza Kącka o sobie, wertując zgromadzone na półce poradniki „Jak żyć”. „Nie byłam zdolną uczennicą” - zauważa autorka, dla której macierzyństwo nie było spełnieniem marzeń i życiowym celem. Lektura poradników nie poszła całkowicie na marne. „Wdzięczna im byłam za każdy oddech przeponowy, za każdą radę, bo ratowałam dziecko, ale na nieustający festyn rodzicielstwa się nie nadawałam”. Jednak większość porad, które wyznaczają kolejne „przystanki treningu społecznego” okazała się bezużyteczna. Neuroatypowe dziecko nie korzysta ze strzałek podsuwanych przez rodzicielkę, a samo podrzuca znaki. Miałam wrażenie, że - pisze Kącka - „pozwala mi asekurować jej udział w zawodach”. „Wczoraj byłaś…” to niezrównana relacja z tej asekuracji, w której wielu czytelników odnajdzie tropy znane ze swojego życia. Lub życia biskich osób. Gdy rodzi się Ruda - jak nazywa swój córkę autorka - okazało się, że matka i córka nie wystartują w wyścigu, do którego miały je przygotować poradniki. Ruda „wymknęła się poradnikom”, „zagrała wszystkim na nosie” - pisze Kącka, nie ukrywając, że odmienność córki stała się dla niej bodźcem poznawczym.

Nie chcemy odwetu. Chcemy przewrotu
Opisana we „Wczoraj byłaś…” historia jest pełna trudnych chwil. Takich, gdy dziecko, które właśnie zaczyna się „otwierać”, wraca do świata bez kluczy. „Ścinała mnie z nóg niemożność podsunięcia jej czegoś nowego, dzika walka o wprowadzenie w jej życie nowej historii, choćby w ułomku, odprysku, epizodzie” - pisze Kącka. I zaczyna pisać do córki maile. „Wyobrażałam sobie, że o tych mailach wie. Patrzyłam na nieruchome plecy kołdrą. Drgnęły, gdy wrzuciłam <wyślij>. Myślałam: „Niby to sobie spisz, a jednak śledzisz moje ruchy szóstym zmysłem”. Oto fragment jednego z nich: „Jeszcze zobaczysz, w jakim innym świecie myśli, czy uczuć, kiedy już obie będziemy duże, usiądziemy po drugiej stronie boiska za stolikiem sędziowskim i będziemy patrzeć Twoimi oczami. Użyczysz mi Twojego ucha i Twoich zmysłów. Nie będziemy okrutne. Nie chcemy odwetu. Chcemy przewrotu, jak na sali gimnastycznej. Ni wierzę, by nie dało się postawić świata na głowie. Zorganizuje się kartki sędziowskie. W decydującym momencie, gdy będziesz w pełni sił, pokażesz mu kartkę, a ja będę podtrzymywać Ci ręce, żebyś wznosiła je odpowiednio długo”. To książka o „stawianiu świata na głowie”, która ma wielu patronów i patronek literackich. Realnych jak Franc Kafka czy Miron Białoszewski. I fikcyjnych jak Piotruś z opowiadania Leo Lipskiego, w którego pokoju przebywał „zielonkawy wyszybajło”. Odstających od społecznych ról, nieprzyczepnych do teorii i nie uchwytnych dla medycznych definicji. To skarga, ale też pieśń miłosna „zwrócona ku innemu światu. Ku światu mojego dziecka” - tłumaczyła - Kącka w rozmowie z „Wyborczą”.
Manifest prawa do opowieści
Dzisiaj Ruda jest dorosłą osobą. Kącka wielokrotnie opowiadała, że „Wczoraj byłaś…” powstawało w dialogu z córką, która czytała obszerne fragmenty książki, choć czasem odmawiała lektury, jednocześnie zgadzając się na publikowanie całości. W rozmowie z „Wyborczą” Kącka broniła pomysłu na książkę zauważając, że przykładamy różne standardy do oceny opowieści wyrastających z autobiograficznego doświadczenia. W przypadku męskich historii łatwiej zachwycić się nam formą i dostrzec konstrukcję i literacki zamysł. Kobietom - mówi Kącka - „trudniej dowieść intelektualnej obróbki tematu. Trudniej nie być utożsamioną z bohaterkami lub narratorką opowieści. Zwłaszcza gdy na wokandę prozy wchodzi krzywda, inność, choroba. Tu jeszcze trudniej dowieść, że pisarstwo może być sztuką. I że kobiecy głos w literaturze jest uniwersalizowany. A przecież decyduje forma”.

Schulzowskie łopuchny jak u Leśmiana
O książce Kąckiej częściej mówi się w kontekście społecznego odziaływania, manifestu, opowieści autobiograficznej, mniej uwagi poświęcając językowi. A język to niezwykły, sięgający po leśmianowską frazę i schulzowskie uniwersum. „Przez dziurkę w siatce, tuż za grządką rabarbaru, wskakiwałam w łopiany. Potężne, sięgajcie do piersi, czasem po szyję. A może pompka dziecięcej wyobraźni robiła z nich olbrzymy. Jako azyl i groza były nieodparte. Rozpulchnione, upite sąsiedztwem rzeki, zjeżone do wilgotności. Łopuchy pachną, pocą się zapaszyście jak zwierzęta i są na pewno drapieżne” - piszę Kącka we fragmencie maestrią dorównującym największym. Tylko ktoś władający językiem polskim w tak mistrzowski sposób był w stanie nakłonić język do współpracy w opisanej sytuacji, które komentujemy często stwierdzeniem „tego nie da się opisać”. Kącka udowodniła, że da się opisać. Tylko trzeba być Kącką.
Na imię jej ciekawość
„Zapisz, że jestem ciekawością” - mówi pewnego dnia do matki Ruda. Matka się cieszy. „Piękne. Jest imię Nadzieja, może być i Ciekawość”. Jednak to Rudej nie pasuje, matka nie trafiła w rejestr. „Ratuję - Ładne imię wymyśliłaś. - Nie wymyśliłam. Dostałam w Krainie. - O, czyżby u Moroufków”? Zamiast odpowiedzi córa „uśmiecha się tajemniczo”. Są krainy, do których się nie włamiemy bez pomocy literatury. „Wczoraj byłaś zła na zielono” to wspaniały przykład na to, że właśnie literatura może być jedynym kluczem do innych światów.
Gazeta Wyborcza, 6 października 2025.


